Krajowy Przegląd Samorządowy

Ogród nigdy nie jest doskonały

Rozmowa z Radosławem Ratajszczakiem, prezesem zarządu ZOO Wrocław sp. z o.o.

Zwierzętami zaczął się pan interesować

– …gdy miałem siedem lat. Wtedy zacząłem chodzić do starego zoo w Poznaniu. Z balkonu domu, w którym mieszkaliśmy, widziałem wybieg żyraf, a przyrodą interesowałem się od dziecka. Mój tato, leśnik, przywoził mi z lasu różne robale i to mnie ciekawiło. Gdy miałem lat osiem, odwiedzałem zoo codziennie i prowadziłem notatnik, w którym zapisywałem moje różne spostrzeżenia z ogrodu. Chodziłem do LO nr 1, które sąsiadowało z zoo i po zajęciach przeskakiwałem przez płot z tyłu ogrodu, przechodziłem przez zoo i szedłem do domu. A gdy kończyłem studia – jeszcze przed obroną pracy magisterskiej – chciałem pracować w zoo, ale nie zatrudniano wtedy pielęgniarzy zwierząt, którzy mieli wyższe wykształcenie.

Poddał się pan?

– Nigdy w życiu! Wszyscy odsyłali mnie z kwitkiem, tłumacząc, że to jakoś nie tak, aby iść po studiach na stażystę. Dowiedziałem się, że w urzędzie zatrudnienia wisi kartka, iż zoo poszukuje pielęgniarza i wymagane było wykształcenie podstawowe. Zgłosiłem się, dostałem nakaz pracy do ogrodu i musieli mnie przyjąć.

Ale dzisiaj swoją przyszłość wiąże pan z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem.

– Rzeczywiście, chciałbym się tutaj zestarzeć i zostać, ponieważ Wrocław bardzo mi się podoba i żyje się tutaj bardzo dobrze. Tutaj zostawiłem mnóstwo pracy i serca.

Zmienił pan wrocławski ogród zoologiczny, który stał się placówką nowoczesną, ciekawszą i znacznie przyjaźniejszą dla eksponowanych zwierząt.

– To zoo było dużym wyzwaniem, a najtrudniejszym stało się zmienienie mentalności pracujących tutaj ludzi, którzy niestety nie mieli wcześniej możliwości się rozwinąć. Poprzednia dyrekcja nie kładła dużego nacisku na rozwój kadry zoo, lecz bardziej troszczyła się o swoją karierę. A przecież zmieniły się ogrody i sposób pojmowania dobrostanu zwierząt, metod ekspozycji i potrzeb ekspozycyjnych w zakresie gatunków ginących hodowli. Dzisiaj nawet opiekun zwierząt musi być specjalistą, a kiedyś – znam to z autopsji – był to człowiek od wyrzucania gnoju.

Wszystko poszło dobrze?

– Po połowie roku przeżyłem dół, ponieważ lubię działać dynamicznie, a tutaj nic się nie dało ruszyć! Wszystko wyglądało na maszynę z zardzewiałymi kołami zębatymi, która piszczy, ale jednak rusza. Później było już coraz szybciej, aż zaczęliśmy biec…

– …i nadal biegniecie.

– Ponieważ ogród zoologiczny jest jak Czerwona Królowa z „Alicji w Krainie Czarów”. Aby stać w miejscu, musi biec… Ogród nigdy nie jest skończony i doskonały. Zawsze coś trzeba zmienić i unowocześnić i ja to bardzo lubię, bowiem lubię wyzwania. A następnym wyzwanie tego ogrodu było zmierzenie się z legendą.

Państwo Hanna i Antoni Gucwińscy długo zarządzali wrocławskim zoo i dużo dla niego zrobili, ale po jakimś czasie nowe wyzwania potrzebowały nowego człowieka.

– W końcówce lat osiemdziesiątych zmieniła się rola ogrodów zoologicznych – najważniejsze stało się ratowanie ginących gatunków i edukacja, a nie pokazywanie zwierząt ku uciesze zwiedzających. Powstało wtedy Europejskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych, które zaczęło organizować wspólne akcje i programy hodowlane, ale Wrocław się odwrócił i poszedł w inną stronę. Niestety, ta droga prowadziła donikąd. Dzisiaj wrocławskie zoo jest bardzo mocnym ogrodem i jesteśmy w pierwszej dziesiątce europejskich placówek – na ponad 300 instytucji.

Kiedy pomyślał pan, że warto by było stworzyć Afrykarium we wrocławskim zoo?

– Urodziło się to dawno temu w drodze z Holandii. Byłem sam i myślałem sobie, czy kiedykolwiek będziemy mogli budować takie obiekty jak oni. Zastanawiałem się, co by można zrobić, a nie cierpię robić kopii. Starałem się wyciągać wnioski z kilkunastu obiektów, które wcześniej widziałem. Zatem wrocławskie Afrykarium nie jest kopią czegoś i nie ma takiego drugiego obiektu na świecie. Wtedy, wracając z Holandii, to wymyśliłem, ale nie mogłem zrealizować tego w Poznaniu.

Dlaczego?

– Ponieważ poznaniacy są strasznie poukładani i dziesięć razy muszą się nad wszystkim zastanowić, a tu potrzebna była odrobina pozytywnego szaleństwa. Wrocław jest pod tym względem lepszy od Poznania i dlatego tutaj mogłem to zrobić.

Dobrze, że pomysł budowy Afrykarium poparł prezydent Rafał Dutkiewicz.

– Oczywiście, pan prezydent i jego współpracownicy podeszli do tego pomysłu ze zrozumieniem i uwierzyli wariatowi.

Ale udało się!

– Na pewno tak, bowiem stworzyliśmy Afrykarium, największą wystawę stałą, biletowaną w kraju i największą – pod względem liczby zwiedzających – atrakcję turystyczną w Polsce.

Zajął się pan ratowaniem ginących gatunków zwierząt…

– …co zawsze było dla mnie najważniejsze, ale aby móc to realizować, trzeba mieć zoo i nie może się to opierać jedynie na pieniądzach podarowanych z miejskiego budżetu. Właśnie zoo jest po to, aby angażować się coraz bardziej w taką działalność i my to robimy.

Jest pan nominowany do tytułu Ambasadora Wrocławia…

– …bo ja jestem i czuję się wrocławianinem. Tutaj mieszkam i pracuję, tutaj żyję.

Rozmawiał Sławomir Grymin

 

Radosław Ratajszczak – urodzony w 1957 roku w Myśliborzu na Pomorzu Zachodnim, choć cała jego rodzina wywodzi się z Wielkopolski, z Kościana i Śmigla. Ojciec był leśnikiem, teraz na emeryturze. Żonaty z Iwoną od lat 35, córka Marta i wnuczek Daniel. Magister biologii środowiskowej (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), pracę magisterską napisał ze „zmienności wewnątrz- i międzypopulacyjnej jaj szpaka w trzech populacjach polskich”. Po studiach najpierw był kilka lat pielęgniarzem w poznańskim zoo, później brygadzistą, asystentem, kierownikiem działu zwierząt kopytnych, kierownikiem nowego zoo, a przez 11 lat zastępcą dyrektora ogrodu ds. hodowlanych i dydaktycznych. Od 2 stycznia 2007 roku dyrektor zoo, a później prezes zarządu spółki zoo Wrocław.