niedziela, 29 styczniaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Śmiech to zdrowie

Tytuł – banalny, ale doświadczenie mówi nam, że – jak wiele banałów – bardzo prawdziwy. Czas odpoczynku, śmiech, radość bycia razem – to wszystko daje nam oddech, jakże dziś potrzebny! Dlatego warto wybrać się do Wrocławskiego Teatru Komedia, bo tam śmiech
i uśmiech to pewnik.

Tym bardziej warto, że już w pierwszych dniach na deskach sceny WTK pojawią się spektakle, które ostatnio na tych deskach gościły nie za często. Pierwszy z nich to (2, 4 i 5 lutego) Nic nie gra, czyli The Play That Goes Wrong – bo tak brzmi oryginalny tytuł sztuki dwóch Henrych – Lewisa i Shieldsa oraz Jonathana Sawyera. To wielki przebój, który został uznany za najlepszą komedię na londyńskim West Endzie i otrzymał prestiżową nagrodę Laurence Olivier Award. To zobowiązuje, ale pod wodzą reżyserującego spektakl Pawła Okońskiego zespół WTK temu zobowiązaniu sprostał. Nic nie gra to właściwie metateatr – czyli teatr w teatrze… Oto zespół amatorski z Politechniki (Wrocławskiej oczywiście, bo tradycja przenoszenia do Wrocławia tego, co na scenie WTK pokazuje, została zachowana) pod wodzą Reżysera wystawia sztukę w stylu Agathy Christie: dwór angielski, zamordowany Lord, jego Narzeczona, Brat Narzeczonej, Kamerdyner, Brat Lorda i Ogrodnik Artur i – postać oczywiście najważniejsza – Inspektor. A za kulisami – do czasu! – Inspicjentka… Całe to towarzystwo niezbyt składnie pęta się po scenie, między elementami Scenografii, która jest pełnoprawnym i bardzo znakomitym aktorem spektaklu.

Kolacja dla głupca

Lord zamordowany, podejrzani – praktycznie wszyscy. Może poza Scenografią? Aktorzy amatorzy zaś nie bardzo sobie ze scenicznym napięciem radzą. Tekst ucieka, Lord Nieboszczyk się kręci, nosze rozpadają… Drzwi nokautują Narzeczoną, Inspicjentka ją zastępuje, ale dopiero wtedy, gdy przestaje zastępować półkę znad kominka… Winda się zacina, Pies, który miał grać Psa, znika… Bardzo to poplątane, lecz prowadzi zgrabnie do jednego ważnego wniosku – teatr w teatrze to sztuka nieprosta, ale się Komedii udała.

Warto też (9, 10 i 11 lutego) wybrać się na także niebyt często się na scenie Komedii pojawiającą Kolację dla głupca Francisa Vebera. Kilku panów z towarzystwa, w szytych na miarę garniturach, pewnych siebie, majętnych, lubi się zabawić… cudzym kosztem. Cyklicznie urządzają sobie kolacje, na które zapraszają gorszego sortu – ich zdaniem – przedstawicieli społeczeństwa. Ta kolacja to tak naprawdę konkurs: wygrywa go ten z dżentelmenów, który przyprowadzi najgłupszego nowego gościa, takiego, co mówi zabawnie, nożem i widelcem się poprawnie posługiwać nie potrafi… I zabawa trwa. Ale nadchodzi dzień, w którym w wyniku kilku nieprzewidzianych sytuacji to moralnie wątpliwe przedsięwzięcie wymyka się spod kontroli: kolacja, wśród gości gorszego sortu – pracownik urzędu skarbowego i zapalony konstruktor budowli z zapałek, którego porzuciła żona. Wymarzony wprost obiekt do drwin i szyderstw. A tu nagle okazuje się, że rzeczywistość potrafi każdemu spłatać niezły dowcip i ofiarą absolutnie nieoczekiwanych komplikacji pada jeden z panów w garniturze na miarę. Kolacja dla głupca znakomicie pokazuje, jak łatwo jest pomylić głupotę z piękną odmiennością.

Dwa spektakle, które wydają się bardzo różne, są w pewien sposób podobne – oba bowiem pokazują, jak bardzo ludzie potrafią być zabawni, czasem – śmieszni… Pokazują też, że Gogola odpowiedź na pytanie: z kogo się śmiejecie? z siebie samych się śmiejecie – wzbogaca i uczy.

Ata