poniedziałek, 25 styczniaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Złote lata Hollywood

Złamane serce… Oszukana i porzucona… Okłamana i zdradzona… I wreszcie martwa… Czyli Madame Butterfly, gejsza Cio-Cio-San, bohaterka jednej z najsłynniejszych oper. Dzieło Giacomo Pucciniego to must have każdego melomana i operomana. Ma jedną tylko wadę: przewidywalność.

 

Jednak na scenie Opery Wrocławskiej owej przewidywalności inscenizacyjnej – ach, te japońskie domki z pokrętnymi dachami! Ach, te kwitnące wiśnie! I jeszcze te barwne kimona! – nie zobaczyliśmy. Reżyser Giancarlo del Monaco i scenograf William Orlandi wybrali zupełnie inną drogę. Szara scena, nad nią dziwaczne przęsła… W tle niewielkie budyneczki, może domki? Może restauracje, sklepy? I dwa duże, na sobie postawione szare kontenery – mieszkania Butterfly i Pinkertona. To Nagasaki, tuż po II wojnie… Kostiumy szare, tylko ślubny strój Butterfly i mundur Pinkertona białe… Bardzo to dramatyczne i w tej dramatyczności opowieść – przyznajmy, kiczowata – o zdradzonej miłości tka się jak czarno-biały melodramat ze złotej ery Hollywood, z wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi cechami i postaciami. Jest młodziutka niewinna dziewczyna, jest jej czuła sługa i przyjaciółka, jest piękny jak marzenie kochanek, są gangsterzy i handlarz żywym towarem… Jest miłość i śmierć.

Reżysersko jest więc wrocławska Madame Butterfly bardzo interesująca, a i muzycznie i aktorsko też – jak to się dziś modnie mawia – daje radę. Główną postacią, osią dramatu, jest Butterfly – Anna Lichorowicz, która była premierową Madame, udźwignęła ten ciężar, choć jej aktorskie szarże były momentami nieco zbyt ostre. James Valenti – Pinkerton – nie tylko świetnie brzmiał, ale i świetnie wyglądał, prezentując przy tym dobre aktorstwo. Opera Pucciniego ma tak wyraziste postaci głównych bohaterów, że mogą przyćmić resztę obsady. Na wrocławskiej scenie stało się jednak inaczej – rewelacyjna Suzuki Barbary Bagińskiej przyćmiewała momentami Butterfly, a Goro (Aleksander Zuchowicz) mógłby prosto ze sceny zejść na plan filmowy, by zagrać i zaśpiewać Bardzo Paskudnego Bohatera w filmie choćby Tarantino czy Nolana. Towarzyszyć mógłby mu równie świetny książę Yamadori (Łukasz Rosiak), który zamienia się w gangstera, rzucającego peta na martwe ciało Cio-Cio-San…

W sumie wrocławska Butterfly to spektakl, który obala rządzący puccinowskim dziełem „japoński” stereotyp ciekawie i skutecznie, budując nową opowieść o dobru i złu, miłości i zdradzie. Nie widziałam tam co prawda protestu przeciwko wykorzystywaniu nieletnich, bo i takie interpretacje się przed premierą pojawiały (wszak Cio-Cio-San ma tylko 15 lat), ale to, co zobaczyłam, bardzo mi się spodobało. A zobaczyłam melodramat, wyrastający z najlepszych tradycji tego gatunku. Że są to tradycje oparte na trochę zbyt wyrazistym, nieco kiczowatym rozumieniu i pokazywaniu ludzkich uczuć i zachowań? Owszem, ale co z tego, jeśli efekt jest znakomity…

Anita Tyszkowska

 

www.opera.wroclaw.pl