Krajowy Przegląd Samorządowy

Wiele dróg…

Rozmowa z Janem Węglowskim, tłumaczem, satyrykiem, bibliotekarzem, aktorem Wrocławskiego Teatru Komedia…

Pisząc, z kim rozmawiam, wymienić muszę wiele zawodów, bowiem na życiowej drodze pana są i biblioteki, i teatr Kalambur, i kabaret, i radio, i muzyka, i dziesiątki – jeśli nie setki – tekstów piosenek i tekstów kabaretowych, a to i tak nie wszystko… Rodzi się więc pytanie: kim pan właściwie jest?

– Ja to sobie tak dzielę – z jednej strony rzeczywiście całe życie pracowałem jako bibliotekarz w poważnych bibliotekach – Ossolineum, Bibliotece Uniwersyteckiej we Wrocławiu, a z drugiej ciągnęło mnie gdzieś poza ten tak bardzo uroczy świat, uporządkowany, pachnący starymi książkami, w świat sztuki, w świat artystyczny… Było coś, co kazało mi robić inne niż biblioteczne rzeczy. Niestety, cały czas po amatorsku – czego się nie chwyciłem, to ta droga była amatorska, ale jakieś tam drobne sukcesy są.

Nazywa pan „drobnymi sukcesami” współpracę z Kalamburem, Studiem 202, Trójką, telewizją czy Wrocławski Teatr Piosenki, komponowanie piosenek, pisanie tekstów – a to tylko fragment pana życiowej drogi… No cóż, jak zwał, tak zwał – w sumie trafił pan na ową drogę artystyczną.

– Sądzę, że to wynika z tego, że moi rodzice – wspaniali rodzice! – byli bardzo różni: mój ojciec był człowiekiem niezwykle uporządkowanym, takim typowym c.k. urzędnikiem, a moja mama, nauczycielka rysunku, miała w sobie gen luzu… Wydaje mi się, że ja po równo odziedziczyłem te dwa geny.

Nic więc dziwnego, że nie tak dawno zadebiutował pan jako aktor w Komedii, mówiąc zresztą własny tekst. Gra pan bowiem główną rolę w Antonina Proházki „Z twoją córką? Nigdy!” – sztuce, którą pan przetłumaczył.

– Wymyśliłem sobie kiedyś, że poszukam jakichś komedii – bo świat jest zbyt poważny, aby dokładać się doń ze swoja powagą – i poprzez czeską agencję DILIA, czyli odpowiednik polskiego ZAiKS-u, dostałem trzy komedie Antonina Proházki. Skontaktowałem się z nim, powiedział, że go to interesuje, przetłumaczyłem, wysłałem autorowi… Powiedział, że nie zna polskiego, więc wierzy mi na słowo. Zaniosłem więc tekst do Wojtka Dąbrowskiego, współdyrektora Wrocławskiego Teatru Komedia, który tekst przeczytał i następnego chyba dnia do mnie zadzwonił, mówiąc: Będziemy to robić. Ogromnie się ucieszyłem! A on po kilku dniach zadzwonił i zapytał: A co byś powiedział, żeby w tej sztuce zagrać? Prawie oszalałem ze szczęścia! To fantastyczne uczucie, naprawdę! Wojtek bardzo nade mnę pracował i dzięki temu mogę powiedzieć, że rzeczywiście jakoś tam się wyrobiłem. A kiedy Proházka przyjechał tu do nas, rok prawie po premierze, to tekst zaakceptował, mówiąc, że wprawdzie nie zna języka polskiego, ale jest spokojny, że wszystko gra, bo publiczność polska śmieje się w tych samych miejscach, co czeska.

Z Antoninem Proházką połączyła pana przyjaźń

– Tak, przysłał mi nie tak dawno pudełeczko z piętnastoma miniaturowymi wydaniami swoich sztuk i budzikiem… A potem zatelefonował i opowiedział mi historię bardzo zabawną: otóż takie samo pudełeczko chciał wysłać innemu znajomemu. Pani na poczcie bierze pudełeczko i mówi: Ale tam coś tyka! I nagle policja, wykwaterowali cztery kwartały, biega facet w skafandrze antywybuchowym. Akcja antyterrorystyczna jak z filmu! Pudełeczko rozpakowane, policja wszystko przegląda. A kiedy już się zamieszanie uspokoiło, powiedzieli po prostu, żeby budzik wysyłać bez baterii. I podsumował na koniec: Jeszcze nigdy tylu policjantów nie miało w rękach moich książek!

Świetny materiał na komedię! A jak się pan czuje jako aktor teatralny? To był wszak w tej roli debiut…

– Cóż, muszę powiedzieć, że przed spektaklem zawsze mam tremę, zachowuję się troszeczkę jak powstaniec, który przygotowuje się do akcji i nic nie je, bo jak będzie postrzał w żołądek, to żeby nie było powikłań, ale potem, jak wchodzę na scenę, zupełnie o tym zapominam – i to jest fantastyczna frajda! Nie wiem, jak długo będę grał, bo się starzeję, ale mam nadzieję, że to czas jakiś potrwa.

A te brawa na koniec, owacje na stojąco – wiem, że tak się spektakl „Z twoją córką? Nigdy!” zawsze kończy.

– To przede wszystkim ukłon w stronę autora, reżysera, wszystkich koleżanek i kolegów, i na koniec – moja satysfakcja.

Rozmawiała Anita Tyszkowska