wtorek, 19 styczniaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Sztuka dla jej pragnących

Rozmowa z dr. hab. Piotrem Oszczanowskim, dyrektorem Muzeum Narodowego we Wrocławiu

W pierwszym wywiadzie po objęciu dyrektury Muzeum Narodowego powiedział pan, że zadaniem muzeum jest „skusić, zabawić, oczarować…”. Po trzech miesiącach nie zmienił pan zdania?

– Mój bardzo mądry profesor powiedział mi kiedyś tak: aby kogoś do czegoś zapalić, trzeba samemu płonąć. Kiedy więc mówimy o moich marzeniach związanych z muzeum, chciałbym po prostu, aby to, co ja odczuwam, czego doświadczam, obcując ze sztuką, stało się rzeczą powszechną. Wychodzę z założenia, że muszę coś zrobić, aby ten rodzaj szczególnej przyjemności, jaką jest kontakt ze sztuką – bo dziś jest to doprawdy jedna z niewielu prawdziwych przyjemności – stał się dobrem ogółu. Trzeba ludziom ułatwić dostęp do sztuki, trzeba sprawić, aby obcowaniu z nią towarzyszyła pewna refleksja, trzeba ludzi naprowadzić – bo droga do jej poznawania bywa kręta i wyboista, trzeba podpowiedzieć, wytłumaczyć, co ta sztuka sobą reprezentuje, czemu służy i dlaczego powstała.

Pana marzenia będą miały coraz szerszą przestrzeń – sztuka współczesna, której nasze muzeum ma znakomite zbiory, znajdzie miejsce w nowej galerii, czyli w Pawilonie Czterech Kopuł.

– Jestem bardzo powściągliwy, jeśli idzie o twierdzenie, że ta niezwykła nowa przestrzeń, liczona w tysiącach metrów kwadratowych, doprowadzi nas do prostego i klarownego podziału: oto ta bogata kolekcja Muzeum Narodowego podzieli się na sztukę współczesną i pozostałą, przy czym tu powstaje pytanie: jaką? Osobiście jestem zwolennikiem tego, aby znaleźć rodzaj złotego środka. Czyli umiejętnie wykorzystywać przestrzeń, jaka za dwa lata zostanie nam dana, ale także nie pozbywać się z muzeum tego, co jest wielką jego atrakcją. Jako nauczyciel akademicki widzę, że gdy przychodzi do wyboru seminarium, gdy trzeba wybierać temat pracy magisterskiej, to 90 procent młodych ludzi wpisuje się na listę tych prowadzących, którzy zajmują się sztuką współczesną! Nie chciałbym więc doprowadzić do podziału, który sprawi, że powstanie wrocławska Alte i Neue Pinakotheke. Chciałbym, aby tu, w muzeum, ta nowoczesność nadal była. W jakim zakresie, możemy dyskutować: może na przykład pod postacią rzemiosła artystycznego, może designu? Chodzi o to, aby ta nowoczesność istniała tu, aby nadal odgrywała istotną rolę.

Co więc znajdzie się w Pawilonie Czterech Kopuł?

– Jesteśmy w trakcie tworzenia programu ekspozycyjnego, choć oczywiście w aplikacji o środki ministerialne pojawia się określenie „sztuka współczesna”. Ale ta przestrzeń jest tak bogata, tak różnorodna, że możliwości są naprawdę wielkie. Wiemy, że na pewno zostanie wydzielona przestrzeń na wystawy czasowe, a nad resztą koncepcji trwają prace. Bardzo istotne jest miejsce, w jakim się Pawilon Czterech Kopuł znajduje – sąsiedztwo Hali Stulecia, pergoli, Ogrodu Japońskiego, wrocławskiego zoo, gdzie powstaje gigantyczne Afrykarium. To wszystko też powinno być dla nas podpowiedzią: czy na przykład nie powinniśmy pokazywać tam – choćby w ramach wystaw czasowych – znakomitych, ciągle cieszących się ogromną popularnością naszych zbiorów sztuki orientalnej? Zaczęliśmy nad tym intensywnie pracować, trwają już konsultacje z aranżerami wystaw, ale poczekajmy jeszcze trochę! Tworzenie nowej przestrzeni to przecież proces.

A co dalej z przestrzenią, jaka po zabraniu części zbiorów pozostanie?

– Strychy, które dziś są miejscem kolekcji sztuki współczesnej, były specjalnie dla tej kolekcji przygotowywane, więc rzeczywiście trzeba pytać: co dalej? Musimy znaleźć odpowiedzi na to i na kilka innych ważnych pytań, a czasu mamy niewiele.

Tak czy inaczej w Muzeum Narodowym zaszła zmiana: dyrektor Mariusz Hermansdorfer to specjalista od sztuki współczesnej właśnie, pan zaś specjalizuje się w sztuce dawnej.

– Czym innym są moje prywatne pasje i fascynacje, czym innym – praca w muzeum. Mogę powiedzieć, że ta nominacja, cała związana z nią procedura sprawia, że człowiek dojrzewa.

I stąd w pana gabinecie pojawiły się nowe obrazy, w tym Lebensteina „Lekcja zoologii”, o której mówi pan z pasją człowieka w obrazie zakochanego?

– Tak, ja się zawsze w tym obrazie kochałem, ale nie miałem odwagi publicznie tej miłości głosić. Są od Lebensteina specjaliści, a ja jestem człowiekiem sznytu akademickiego i wiem, kto się może na jaki temat kompetentnie wypowiadać. Muszę tu podkreślić, że decydując się na przyjęcie stanowiska dyrektora Muzeum Narodowego, rozumiałem, że ja nie jestem tutaj po to, aby tylko odzyskiwać zapomnianą, niedocenianą sztukę nowożytną. Ja biorę odpowiedzialność za całość funkcjonowania muzeum. A mówiąc krótko: muzeum rządzi się własnymi prawami i ja nie będę – jak się to pięknie mówi – Wisły kijem zawracał. Jeśli jest – a jest! – zainteresowanie dla sztuki współczesnej, to należy je wykorzystać. Mam pewną dozę dojrzałości w sobie i wiem, że nie przyszedłem tutaj realizować swoich partykularnych ambicji, marzeń i pragnień naukowych. To, że jestem rozkochany w manierystycznym rysunku, w rzeźbie przełomu XVI i XVII wieku i w złotnictwie tamtych czasów, to moja naprawdę prywatna sprawa. Ktoś lubi uprawiać rabatki, ktoś inny wędruje w góry, ktoś fotografuje zwierzęta. To jest jego prywatna nisza i ja się cieszę, że też mam swoją niszę, która daje mi masę satysfakcji i radości. Ale to w żaden sposób nie znaczy, że nie jestem otwarty na inne zjawiska. Ja traktuję sztukę w sposób uniwersalny, jako pewien fenomen. Nie hierarchizuję jej, nie mówię, że jest sztuka – zależnie od czasu powstania – lepsza i gorsza, bo to fałszywy trop. Jestem odpowiedzialny za to, aby ludzi skusić, oczarować, aby sztukę uczynić dostępną dla wszystkich tych, którzy jej pragną.

Jest w tej chwili ogromna tendencja do unowocześniania muzeów – multimedia, komputery i inne szaleństwa…

– Muzeum w swej idei jest tworem skażonym pewnym rytem konserwatyzmu, muzeum to przecież depozytariusz, to miejsce, gdzie czas się zatrzymał, gdzie bezpiecznie przechowujemy, dbamy, konserwujemy, ale przecież nie oznacza to, że mamy się do swoich czasów odwracać tyłem. To byłby absurd, szaleństwo, gdybyśmy udawali, że przenosimy się gdzieś do XV, XVII czy nawet XX wieku. Żyjemy na początku wieku XXI, postęp technologiczny musi być przez nas dostrzegany i wykorzystywany. Ja widzę zagrożenie gdzie indziej – otóż w chwili, gdy zaczniemy się godzić na to, że postęp technologiczny zastępuje oryginalne dzieło sztuki, stracimy sens i zrozumienie dla idei muzeum. Te wynalazki, patenty, ten high-tech – to wszystko ma służyć jako narzędzie ułatwiające kontakt i zrozumienie sztuki, ale nie może zastąpić dzieła sztuki! Jeśli się na to zgodzimy, skażemy sztukę – tę prawdziwą, oryginalną – na niebyt. Ktoś może zadać pytanie: po co konserwujemy XV-wieczną figurę drewnianą, skoro skanerem i drukarką 3D możemy sobie zrobić nową, taką samą? Ale to nieprawda! My mamy świadomość, że ta XV-wieczna rzeźba to – jak mówił mój czeski nauczyciel, prof. Ivo Kořzan – jest figura wymodlona, że wobec niej kierowana była niezliczona liczba próśb, marzeń, modlitw… I o to właśnie idzie: abyśmy stali na straży tego, co prawdziwe, co oryginalne, choć nieraz dotknięte zębem czasu, ale ten „ząb” też przecież jest świadkiem historii, uwiarygadnia to dzieło.

Muzeum to też pieniądze, a dojdzie utrzymanie Pawilonu Czterech Kopuł.

– Na remont Pawilonu Czterech Kopuł mamy zapewnione środki. Jednak muzeum to nie tylko mury, to także szereg wydatków, z którymi musimy się realnie liczyć, to kwestia utrzymania tej ogromnej kubatury: choćby energia, aranżacja wystaw, ludzie. Pamiętajmy, że jeśli patrzymy na ten urokliwy fragment Wielkiej Wyspy, to nawet jak skończymy remont Pawilonu Czterech Kopuł, to jesteśmy dopiero w połowie drogi i przed nami wiele jeszcze wydatków, przede wszystkim aranżacja wystaw i utrzymanie tej instytucji. I o pamięć o tym chciałbym zaapelować. Po to właśnie teraz już o tym dobitnie mówię, że ja codziennie widzę z okien muzeum przy pl. Powstańców Warszawy okazały budynek nowej Biblioteki Uniwersyteckiej. I jest to dla mnie swoiste memento. Nie wystarczy bowiem zakończyć budowy, trzeba budowli dać życie, zagospodarować, udostępnić ją. Te dwie rzeczy to nie jest – jak widać – to samo.

To wspaniała rzecz, że odzyskujemy Pawilon Czterech Kopuł, że otoczenie Hali Stulecia odzyska urodę i skalę, jaką miało w niemieckim Wrocławiu. Pawilon będzie kolejną wielką wrocławską atrakcją.

– I będziemy wspólnie zabiegać o gościa, trzeba bowiem zrobić wszystko, aby wykorzystać potencjał, jaki drzemie w tym fragmencie miasta. Tam jest nagromadzenie naprawdę niezwykłych elementów, które mogą przyciągnąć ludzi. To powoli staje się miejscem, gdzie wpada się nie na godzinę czy dwie, ale na kilka dni – bo Hala, bo Pawilon, bo zoo z Afrykarium. Taki stan rzeczy generuje dodatkowe korzyści, bo goście muszą gdzieś spać, coś jeść. Wrocław – co mnie bardzo cieszy – zaczyna być postrzegany nie tylko przez Rynek, ale także przez właśnie Wielką Wyspę. Kubatura miasta, które chce się zwiedzić, rośnie. Mieszkałem wiele miesięcy w Rzymie i pewnego dnia uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem na Zatybrzu!

Ale atrakcje poznających je kosztują.

– Bilety do muzeum wcale drogie nie są, a dla dzieci i młodzieży mamy znaczące ulgi. Dzieci do lat 7 nie płacą, a zgodnie z intencją Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego realizujemy program, dzięki któremu także starsze dzieci i młodzież do lat 16 bilet kupują za złotówkę. Ta złotówka nie wynika z naszej zachłanności. To proza życia – podatki. Bardzo trudno jest się wytłumaczyć z dawania czegoś za darmo: przypominam los piekarza, który rozdawał chleb. Ale dzięki temu programowi coraz więcej młodych ludzi do muzeum przychodzi. Bardzo ważną rzeczą jest też zmiana godzin otwarcia muzeum – chcemy się z tym uporać, chcemy też, aby muzeum otwarte było we wszystkie wtorki, bo teraz czynne jest tylko w jeden wtorek miesiąca. Oczywiście, nie wolno też zapominać o bezpieczeństwie kolekcji. I o środkach, jakie trzeba pozyskać, aby umożliwić dłuższe działanie muzeum.

Dziś piątek, muzeum pełne ludzi… To jeden z najbardziej optymistycznych widoków w wiosennym Wrocławiu.

– Oby tak dalej.

Rozmawiała Anita Tyszkowska