czwartek, 26 listopadaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Skrępować nicią niegrzeczną myśl

W pierwszy weekend października pożegnaliśmy świetną wystawę „Willmann. Opus magnum”, którą Muzeum Narodowe we Wrocławiu w Pawilonie Czterech Kopuł pokazywało od grudnia ubiegłego roku. Sale wystawowe żyją jednak nadal.

Wiem, wiem, że Willmanna w takiej dawce, z jaką mogliśmy się spotykać nad Odrą, nic łatwo nie zastąpi. Żal wielki, że to się skończyło. A jednocześnie twórcom tej prezentacji – jeszcze raz podkreślę, że naprawdę wyjątkowej – należą się podziękowania, uznanie i w ogóle wielka paka dobrych słów.

W dobrych muzeach tak jednak jest, że nie ma czasu na pustkę i martwotę. Ogromna wystawa Willmanna przeszła do historii, ale złaknieni poszukiwań w świecie szeroko rozumianej sztuki na pewno nie będą się nudzić. Muszą tylko odwiedzić wrocławskie Muzeum Narodowe.

W gmachu głównym wrocławskiej placówki do końca marca obejrzeć można między innymi jeden z najpiękniejszych obrazów znajdujących się nad Odrą, a jednocześnie to jedna z najcenniejszych prac znajdujących się w polskich zbiorach. Oczywiście chodzi o „Madonnę pod jodłami” Lucasa Cranacha starszego. Obraz ten jest czasowo pokazywany w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Będące własnością Muzeum Archidiecezjalnego dzieło zostało wypożyczone w związku w trwającym remontem tej placówki. Myślę, że większość zna ten obraz, widziała go, zna kryminalno-sensacyjną historię z nim związaną. „Madonnę pod jodłami” zawsze jednak warto odwiedzić, bo to malarski majstersztyk.

Jeśli znajdziemy chwilkę (taką dłuższą), to koniecznie odwiedźmy również Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu, oddział Muzeum Narodowego. Tam od jakiegoś czasu czeka na wszystkich „Kolekcja osobista. Sztuka nieprofesjonalna z prywatnych zbiorów Anny i Pawła Banasiów”. Pisałem już o niej w sierpniu. Raz jeszcze jednak wracam do tej wystawy, bo będzie pokazywana prawdopodobnie tylko do końca października. A ominięcie jej na muzealnym szlaku byłoby małym grzechem. „Kolekcja osobista” jest bowiem prawdziwym i w jakiejś mierze wzruszającym obrazem artystycznej duszy. To także magia, którą chyba najłatwiej dostrzec właśnie w pracach nieprofesjonalnych (w najlepszym rozumieniu tego słowa).

W Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu czeka też jeszcze jedna wystawa czasowa. Uprzedzam jednak, że zupełnie inna od „Kolekcji osobistej”, chociaż zakładam, że w przesłaniu równie prawdziwa, chociaż może już nie tak urokliwa (przynajmniej dla mnie). Wystawa ta to „Makatka wywrotowa”, o której jej kuratorka Olga Budzan mówi, że ponieważ haft i tkanina mogą mówić, to właśnie w tym kryje się swoisty fenomen współczesnej makatki. Ta bowiem staje się (może się stać) „głosem haftującego pokolenia”…

Makatki, z którymi spotkamy się w Muzeum Etnograficznym, czasami przypominają te tradycyjne, kojarzone z domowym kiczem (kicz potrafi tworzyć domowe ciepło i nieść w sobie tradycję), chociaż hasła niosą już trochę inne („Każdy Polak rad, gdy przegrywa brat”, „Maria Skłodowska je kabanoska”, „Siuksowie Lakota budują robota”). Są jednak i prace zupełnie odbiegające od tradycyjnego przekazu haftowanych obrazków (mam tu na myśli formę i samo przesłanie). Spotkamy się tu z przekazem buntu, może zgubienia – bywa że ekologicznej – poprawności… Jak opowiada o swoich pracach Bartosz Jakubowski: „Ta dekoracyjna forma jest jednocześnie przemocowa – przekłuwa materiał, krępuje go nicią, narzuca wyszywany wzór”. W jego pracach „tożsamościowych” jest swoistą maską… Zobaczcie sami.

Tomasz Miarecki