poniedziałek, 12 kwietniaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Rzecz o miłości trudnej

Femme fatale to opowieść o miłości trudnej. Takiej, która źle się może skończyć i źle się kończy, opowieść o kobiecie, co to chyba niedobra z niej kobieta była…

Dwa utwory – Manuela de Falli El amor brujo i Carmen – suita Rodiona Szczedrina, oparta na tematach z wielkiego dzieła Bizeta. Dwa spojrzenia na dzieje kobiety i dzieje miłości. Łączy je hiszpańskość. A w wizji choreografa, Jacka Tyskiego, łączy je też jedna bohaterka – Carmen właśnie, zaś aby ową hiszpańskość podkreślić, Jacek Tyski wprowadził do baletu elementy flamenco.

Na scenie wrocławskiej opery El amor brujo – twórcy spektaklu zrezygnowali z tradycyjnego polskiego tytułu Czarodziejska miłość – nie jest historią kobiety, która aby znów pokochać, musi odpędzić od siebie ducha dawnego kochanka, lecz opowieścią o życiu, a przede wszystkim o dzieciństwie Carmen i jej stosunkach z matką, bardzo do samej Carmen podobną… Ta część spektaklu nieco się wlecze, ale ogromną satysfakcję daje obserwowanie tancerzy, znakomicie dających sobie radę z baletową opowieścią o niezbyt porywającej treści. Za to jakość baletowego rzemiosła jest naprawdę wysoka!

Druga część to dzieje namiętności, też niezbyt choreograficznie porywająca. Carmen jest wobec uwielbiających ją mężczyzn chłodna, może zbyt spokojna… Cóż, Bizet i Szczedrin widzieli to inaczej, ale może ta Carmen to już bardziej kobieta XXI wieku, taka, która namiętność potrafi przeplatać refleksją nad sobą samą?

Tak czy inaczej, pierwsza baletowa premiera nowej ekipy kierującej Operą Wrocławską to sukces. Z bardzo dobrej strony pokazał się zespół baletu, tak zresztą jak i soliści, a przede wszystkim Magdalena Ciechowicz – Carmen, i Sergii Oberemok – Escamillo, pałający prawdziwą do owej Carmen namiętnością. Ale na najwyższym stopniu podium stanęła Natsuki Katayama – Micaela – aktorsko i technicznie rewelacyjna!

A do tego hiszpańskie pieśni i cudowny mezzosopran Jadwigi Postrożnej, płynący z balkonu, i bardzo dobre kostiumy (w El amor… Renaty Bonter-Jędrzejewskiej, w Carmen – Tijany Jovanovič), których autorki nie uległy jakże „w tym temacie” łatwemu osunięciu się w falbaniasty kicz.

I wreszcie rzecz najważniejsza – ten sukces to w wielkiej mierze wynik tego, że wrocławski balet tańczy pod żywą muzykę! Traktowany za poprzedniej dyrekcji po macoszemu, musiał się znakomity przecież zespół zadowalać muzyką z taśmy. To dla baletowej sztuki nóż w plecy!

Ten koszmar – nie waham się tak tego nazwać – się skończył. Femme fatale towarzyszyła operowa orkiestra, świetnie przygotowana i poprowadzona przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego i także dzięki temu opowieść o kobiecie fatalnej to we wrocławskiej operze zupełnie nowa jakość.

Owszem, może w owej Femme… za mało jest „fatale”, bo za mało miłosnej pasji, namiętności, nienawiści wreszcie, bo i ona jest tu potrzebna. Ale to dopiero pierwsza premiera baletowa, przygotowana w zupełnie nowym stylu – takim, na jaki zasługują tancerze, widzowie, wszyscy twórcy baletowych przedstawień.

Następne spotkanie z baletem będzie niezwykłe – oto w Wielkim Tygodniu (pierwszy spektakl 13 kwietnia) we wrocławskiej operze zabrzmi – pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego – Wolfganga Amadeusa Mozarta Requiem d-moll KV 626. Nie tylko zabrzmi, ale zostanie poszerzone o warstwę baletową. „Wielkie dzieło na chór, solistów i orkiestrę wzbogaci choreografia Jacka Tyskiego, który przeniesie rozważania eschatologiczne na płaszczyznę tańca” – zapowiada Opera Wrocławska na swojej stronie. To propozycja naprawdę niezwykła, ale i naprawdę fascynująca…

Anita Tyszkowska