czwartek, 18 lipcaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Róż made in Poland

Ta prezentacja sztuki kobiecej pokazuje, że upór w sztuce daje efekty. Warunkiem jest jasność celu. Jednocześnie duża prezentacja dokonań artystycznych Marii Pinińskiej-Bereś jest dowodem na to, że kiedyś w Polsce mieliśmy swój feminizm, który dało się zaakceptować bez konieczności uznawania lewicowego przekazu.

Zupełnie niedawno w Pawilonie Czterech Kopuł, oddziale Muzeum Narodowego we Wrocławiu zakończyła się wystawa Bożeny Biskupskiej. To było na pewno ciekawe spotkanie. I to nie tylko z Jednonogim, ikoniczną postacią stworzoną przez artystkę. Instalacje przestrzenne, działania utrwalone na kliszach fotograficznych, swoiste eksperymenty z wielkoformatowymi obrazami, wielopostaciowe grupy figuralne… To mogło zainteresować, zmusić do zastanowienia. Gdzieś tam w tle (bo tak nakazywał przekaz i miejsce działania Bożeny Biskupskiej w ostatnich latach) pojawiało się i Sokołowsko. Górskim wędrowcom znane od dziesiątek lat. Dzisiaj trochę „rozkapryszone” modą na to miejsce, ale jako punkt wypadkowy w Góry Suche nieustannie bardzo dobre.

No, ale nie o Bożenie Biskupskiej, Jednonogim i Sokołowsku miało być tym razem, ale o kolejnej wystawie w Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu. Do 13 października możemy tam bowiem spotkać się z retrospektywną prezentacją dokonań nieżyjącej już Marii Pinińskiej-Bereś. Spotkałem takich, którzy twierdzą, że wystawa ta stanie się jednym z największych wydarzeń muzealnych w tym roku w Polsce. Czy tak będzie? Czas pokaże, musimy poczekać. Jedno jest natomiast pewne. Warto zajrzeć do wyjątkowych wnętrz wystawienniczych znajdujących się tuż obok Hali Stulecia, by spotkać się z pracami artystki wyjątkowej. I ważna uwaga. Niech nie zraża nikogo słowo „feminizm”, które bardzo często pojawiało się (i pojawiać się będzie) przy okazji działań Pinińskiej-Bereś. Tak, jej sztuka to na pewno nurt sztuki kobiecej, opisywanie świata z punktu widzenia kogoś kto ma w swoim wnętrzu 44 autosomy oraz 2 chromosomy X (u mężczyzn autosomów jest tyle samo, ale iksa mają już tylko jednego, towarzyszy mu Y).

Wrocławska wystawa jest pierwszą po ponad dwudziestu latach monograficzną ekspozycją prac Marii Pinińskiej-Bereś. Nad całością czuwał między innymi Jarosław Suchan (do jesieni 2022 roku dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi, wcześniej m.in. dyrektor Galerii Sztuki Współczesnej „Bunkier Sztuki” w Krakowie i główny kurator CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie), który współorganizował poprzednią wielką wystawę artystki w krakowskim „Bunkrze Sztuki”. Towarzyszyły mu w tym kuratorskim przedsięwzięciu Heike Munder, dyrektorka Muzeum Sztuki Współczesnej Migros w Zurychu w Szwajcarii i Małgorzata Micuła z Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Wystawa wrocławska jest jednocześnie początkiem europejskiego touru tej prezentacji. Zostanie pokazana w Lipsku, Hadze, Lucernie…

Maria Pinińska-Bereś była studentką Xawerego Dunikowskiego, który zresztą bardzo ją cenił. Jej wczesne prace reprezentują nurt figuralny. Widać w nich swoisty pomysł tworzenia. Jednak dość szybko artystka porzuca szkolną drogę. Początkowo zostaje co prawda przy materiałach ciężkich (cement, żelazo), ale przekaz jest już mocno zindywidualizowany (rzeźby z serii „Rotundy”). Jednak i ciężar rzeźb artystka dość szybko zastępuje lekkością masy papierowej, tkanin, kołder, derek, poduszek… Kobiecość? W przekazie tak. Podobnie jak kolor, który zdominował jej prace: wszechobecny róż plus trochę bieli. Kobiecość? Na pewno znak rozpoznawczy. Do tego dodać trzeba seksualność. I to nie „rozkojarzoną”, „szukającą tożsamości”, „niepewną”. U niej seksualność jest wyrazista, mocna chociaż… różowa zazwyczaj.

W pracach Pinińskiej-Bereś jest wiele sprzeciwu i niezgody na patriarchalny świat. Jest bunt. Zauważyć można szukanie dróg do wyzwolenia. Te jednak dotyczą nie tylko seksualności, ale i jakichś kanonów sztuki zhierarchizowanej i zinstytucjonalizowanej z którymi się nie zgadzała (widać to w jej akcjach performatywnych). Artystka sporo uwagi poświęca też przyrodzie, która – jak twierdzi – daje jej wyjątkowo dużo wolności. Jest tam mocny akcent ekologiczny, ale nie ma ekologizmu. I to może być rozczarowanie dla współczesnych „rewolucjonistek”.

Tych rozczarowań jest zresztą dużo więcej. Feminizm w wydaniu Marii Pinińskiej-Bereś różni się bowiem od tego jaki narodził się chociażby w zachodniej Europie po 1968 roku i został zideologizowany przez eurokomunizm. Zresztą w tym stanie trwa do dzisiaj. Feminizm autorki „Rotundy” czy „Gorsetów” nie ma wymiaru „kobiecej międzynarodówki”. Jest silnie związany z miejscem w którym powstaje. Prace nawiązujące do 1976 roku, grudnia 1981 roku, czasu stanu wojennego pokazują, że tutaj ów feminizm to także wolność w rozumieniu narodowym. Artystka definiuje swoje miejsce na wielu płaszczyznach. I na wielu płaszczyznach definiuje wolność. Tego współczesny feminizm związany z rozszalałą lewicą nie robi.

Tomasz Miarecki

Zdjęcia: Tomasz Miarecki