środa, 20 styczniaKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Panorama dawnego Lwowa

Dzieło sztuki plastycznej i modelarskiej – mówią fachowcy o Panoramie Plastycznej Dawnego Lwowa inż. Janusza Witwickiego. W jej dramatyczne losy wpisane jest zabójstwo autora w 1946 roku i walka rodziny o ocalenie pracy jego życia. Ukrywana w piwnicach, częściowo ograbiona, dopiero niedawno doczekała się pełnej konserwacji i od czwartku, 24 września, jest eksponowana we Wrocławiu.

 

– Ja nie mam rodzinnych związków ze Lwowem, ale jak rozłożyliśmy te miniatury na stole, jeszcze zakurzone, zabrudzone, pozbawione detali, poczułem wzruszenie, uświadomiłem sobie, że to jest coś znacznie więcej niż model miasta. On wciąga, jest w nim zaklęta niezwykła energia, pasja Witwickiego, wszystko, co włożył w tę pracę, wraz z życiem – mówi dr Łukasz Koniarek, kierownik Gabinetu Numizmatyczno-Sfragistycznego Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, w którego zbiorach panorama Witwickiego znajduje się obecnie.

Model przedstawia Lwów z 1772 roku w skali 1:200. Składa się z sześciu segmentów o łącznej powierzchni 14,40 m kwadratowych, nie licząc półkolistych dostawek. Odtwarzając XVIII-wieczny obraz miasta, autor pragnął ochronić dziedzictwo lwowskiej architektury z okresu przedrozbiorowego, zdominowane później przez bezduszną „masę habsburskich naleciałości” – jak określał XIX-wieczną modernizację, podczas której Austriacy rozebrali część historycznej zabudowy. Zanim przystąpił do prac modelarskich, poświęcił kilka lat na żmudne studia naukowe, badanie archiwalnych źródeł kartograficznych i ikonograficznych, dokładne pomiary, rysunki rekonstrukcyjne.

Urodzony w 1903 roku Janusz Witwicki, lwowski architekt, syn profesora psychologii uniwersytetu lwowskiego i warszawskiego, uczestnik obrony Lwowa i wojny polsko-bolszewickiej, miał dwadzieścia kilka lat, kiedy rozpoczął swoje dzieło. Z własnej inicjatywy i własnym kosztem.

Ulica Ormiańska 23. Kamienica „czterech pór roku”, drugie piętro, okna od frontu. Tutaj Witwicki otrzymał w 1934 roku od Zarządu Miasta dwupokojowy lokal na pracownię, którą wyposażył w precyzyjne narzędzia i maszyny. Tu gromadzili się współpracownicy i entuzjaści projektu. I tutaj ostatni raz widziała Witwickiego jego żona w lipcu 1946 roku.

Zanim wybuchła wojna, przedsięwzięcie nabrało rozmachu, zyskało popularność. Nie brakowało też przeciwników idei panoramy, jednak Gmina Miasta Lwów zobowiązała się do pokrycia części kosztów obliczonych na 180 000 zł i tuż przed wybuchem wojny wypłaciła pierwszą ratę. Panorama miała być gotowa w 1940 roku, na planowane obchody sześćsetlecia przyłączenia Lwowa do Królestwa Polskiego. Witwicki z udziałem współpracowników stopniowo zapełniał makietę modelami budynków, ulice i place starego miasta zaczęły tworzyć znajomy układ.

– Nie potrzebowałem planu miasta, kiedy pierwszy raz pojechałem do Lwowa w związku z pracami konserwatorskimi – mówi Tomasz Fronczek, który razem z Adamem Grocholskim i Dariuszem Suboczem przywracał w ostatnich latach zniszczonej panoramie pierwotny stan. – Muszę przyznać, że Lwów był wcześniej dla mnie trochę mglistym obiektem, nie czułem go. Dzięki panoramie poznałem to miasto i doznałem w nim niesamowitego wzruszenia.

Adam Grocholski: – Moi rodzice byli ze Lwowa. Kocham to miasto. Odnawianie panoramy, którą uważam za dzieło sztuki, było dla mnie wyróżnieniem i dużym przeżyciem.

Modelom tak małym, że mieszczą się w dłoniach, Witwicki nadawał wygląd naturalny. Nie bez powodu zamierzał wyposażyć ekspozycję w peryskopy. Dopiero w zbliżeniu widać bowiem zacieki na murach, pęknięcia i ubytki tynku, osmolenia kominów, okienną stolarkę, gzymsiki, balustradki, rzeźby figuralne na elewacjach.

– Byliśmy pod wrażeniem poziomu wykonania i cały czas dążyliśmy do perfekcji, staraliśmy się zrobić to tak, jak chciałby Witwicki – mówią konserwatorzy. – Przy odtwarzaniu brakujących elementów staraliśmy się używać takich samych materiałów.

A były nimi: sklejka, drewno, brystol, blachy ołowiane na attyki czy rzeźby, specjalnie patynowane blaszki miedziane na dachy i kopuły, folia aluminiowa, druciki, włosie na chaty kryte strzechą, kalka i kolorowe folie (prawdopodobnie z papierków po cukierkach) do okienek.

W pracowni Ossolineum, gdzie po zakończeniu prac konserwatorskich można było zobaczyć panoramę, zwraca uwagę portret Witwickiego. Inteligentna twarz, uśmieszek, nieco kpiarskie spojrzenie.

– Przy ustawianiu modeli mieliśmy poczucie, że Witwicki nas obserwuje i trochę z nas się śmieje – przyznaje Adam Grocholski. – Przez cały czas nam towarzyszył.

Pracownia przy ulicy Ormiańskiej funkcjonowała nieprzerwanie przez okupację sowiecką i niemiecką, budząc zainteresowanie zarówno Rosjan jak i Niemców. Odwiedzali ją zwłaszcza architekci, ale i najwyżsi urzędnicy raczyli na makietę spoglądać życzliwie. Ze wspomnień wiadomo, że Witwicki po takich wizytach zacierał ręce i mówił: „Popatrz, tak się gapią, ani nikt nie dojrzy, ani nie zapyta, co się znajduje na szczycie masztu wieży ratuszowej. Orzełka nie zdejmę, jeszcze doczeka wolności”.

Z uporem i niespożytą energią zabiegał o wsparcie finansowe władz okupacyjnych. Potrafił radzieckim dyrektorom „nawymyślać od idiotów i impotentów, co to albo nic nie wiedzą, albo nic nie mogą – wspomina świadek takich zdarzeń, Michał Witwicki, kuzyn architekta. – Pamiętam głupie miny rozmówców, którzy najwyraźniej niespokojnie zachodzili w głowę, jakie to on ma plecy, że taki mocny”.

Zatrudniał nie tylko modelarzy, także ludzi związanych z konspiracją. Nie wszystkich to uchroniło przed więzieniem i śmiercią. Sam Witwicki był trzykrotnie aresztowany, za każdym razem udawało się go wyciągnąć za łapówkę. W 1943 roku Niemcy uwięzili go po uprzednim aresztowaniu matki, Euzebii Witwickiej, łączniczki związanej z Delegaturą Rządu RP na Kraj. Matka zginęła na Majdanku. Syna wydobyli z więzienia żona i przyjaciele za 40 dolarów w złocie.

Walka o panoramę nabrała innego charakteru po zakończeniu wojny i decyzjach o przesunięciu granic Polski. Kiedy opuszczenie Lwowa okazało się nieodwołalne, Witwicki podjął starania o zgodę na wyjazd razem z rodziną i swoim dziełem. Zamierzał przenieść się do Konstancina pod Warszawą, gdzie mieszkał jego ojciec.

Początkowo nowe władze okazywały mu przychylność, czego wyrazem była wizyta w pracowni, jesienią 1944, Nikity Chruszczowa, ówczesnego pierwszego sekretarza partii i premiera Ukraińskiej SRR. Oczekiwano ukończenia prac, żądając równocześnie „poprawienia” tego, co komitet partii uznał za „czysto polskie”. Uznawano prawa autorskie Witwickiego, ale równocześnie dekretem ukraińskiego rządu panoramę przejęła w 1945 roku Ukraińska Akademia Architektury, narzucono swojego dyrektora. Witwickiego zachęcano do pozostania we Lwowie, wabiąc intratnym stanowiskiem, medalami, a kiedy odmawiał, zarzucano mu niechęć do współpracy, „brak psychologii sowieckiej”, zapowiadano „rozliczenie nie matematyczne, ale dialektyczne” (według zachowanej relacji Witwickiego, sporządzonej w kwietniu 1946). Walczył niestrudzenie. Wysłał petycję do Chruszczowa, do Stalina, pisma do polskiej ambasady w Moskwie, do Związku Patriotów Polskich. Wreszcie na początku lipca 1946 roku otrzymał zgodę na wywiezienie modelu w zamian za część dokumentacji.

Miał wyjechać 17 lipca 1946 roku. W przeddzień poszedł pożegnać się ze Lwowem, z pracownią. Niespodziewanie złożyło mu tam wizytę trzech mężczyzn podających się za historyków sztuki. Wizyta się przedłużała, więc obecna przy rozmowie żona Witwickiego opuściła towarzystwo i pobiegła do dzieci. Nazajutrz Irena Witwicka została poinformowana, że ciało jej męża znaleziono na ulicy. W świadectwie zgonu czytamy: „Wiek i przyczyna zgonu: 40 lat, Zabity – rana rąbana”.

Na posterunku pokazano wdowie tylko zdjęcie ręki i podsunięto do podpisania dokumenty. Na korytarzu rozpoznała jednego z gości z poprzedniego wieczoru, w mundurze enkawudzisty.

– Mamie nie pokazali ciała. Trumna była zabita gwoździami, nie wolno było jej otworzyć. Pilnowali. Przez cały czas, także podczas pogrzebu, mamie towarzyszyła asysta – opowiada Anna Kubicka, mieszkająca w Warszawie młodsza córka państwa Witwickich (druga córka, Zofia Chrzanowska, mieszka obecnie w Kalifornii).

Rodzina długo łudziła się, że Witwicki żyje, że został wywieziony, że wróci.

O Irenie Witwickiej z domu Christ, żonie Janusza Witwickiego, w opracowaniach na temat panoramy wspomina się ogólnikowo: wywiozła, uratowała. Dopiero rozmowa z jej córką uświadamia, jak niebywały hart, odwagę, determinację miała ta kobieta, drobniutka, filigranowa blondynka, z natury pogodna i niekonfliktowa. Została sama, prawie wszyscy już wyjechali. Dokumenty na wyjazd przepadły. Witwicki miał je przy sobie w dniu śmierci i nie zwrócono ich żonie. Musiała zdobyć duplikaty. Musiała dopilnować załadowania sześciu wielkich skrzyń z panoramą. Transport, który miał odjechać 17 lipca, czekał aż dwa tygodnie, dopóki nie załatwiła wszystkich formalności. Ruszył wreszcie.

– Mama opowiadała też, że przed polską granicą zatrzymali pociąg. „Prawierka dokumientow”. Wyprowadzili mamę na zewnątrz, prowadzili przez las, był zmrok. Łączyli się z Kijowem, sprawdzali. Wreszcie pozwolili wrócić do pociągu. Nie wiedziała, czy nie strzelą jej zaraz w plecy, czy transport jeszcze na nią czeka.

Powojenne losy makiety to ciąg dalszy zagrożeń i niepewności. Rodzinie i przyjaciołom chroniącym dzieło nieustannie towarzyszyła obawa, że ukraińskie władze zażądają wydania panoramy, a władze polskie podporządkowane Związkowi Radzieckiemu nie odmówią. Początkowo przechowywał skrzynie prof. Stanisław Lorenz w Muzeum Narodowym. Po krótkim czasie przejął je pod swoją opiekę prof. Jan Zachwatowicz i ukrył w piwnicach Wydziału Architektury, podobno z napisem „sprzęt przeciwpożarowy”. O zawartości wiedzieli nieliczni wtajemniczeni. Kiedy po przejściu profesora na emeryturę w 1974 roku obawiano się dekonspiracji depozytu, z pomocą przyszedł kolejny strażnik, prof. Olgierd Czerner, dyrektor Muzeum Architektury we Wrocławiu. Z zachowaniem tajemnicy przewieziono skrzynie do Wrocławia i umieszczono w muzealnych magazynach.

Tkwiły tam do 1988 roku. Wtedy do rodziny Witwickich dotarła informacja o rozpakowaniu skrzyń i wyłożeniu modelu w dostępnym miejscu. Okazało się, że zaginęły najładniejsze i wykonane przez samego Witwickiego modele: katedry łacińskiej, cerkwi wołoskiej, kościoła Dominikanów, synagogi Złotej Róży i części ratusza. Anonse w lokalnej prasie, próby poszukiwań, nie przyniosły efektu do dzisiaj.

Po tym incydencie model został zdeponowany chwilowo w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu, a następnie w Muzeum Historycznym, którego dyrektor Maciej Łagiewski zorganizował w 1994 roku, po raz pierwszy po wojnie, publiczny pokaz panoramy we wrocławskim Arsenale.

– Wtedy zobaczyłam ją pierwszy raz – mówi Anna Kubicka. – Zrobiła na mnie przeogromne wrażenie. We Lwowie jej nie widziałam, byłam za mała. Ojca też nie pamiętam. Mam tylko takie migawki w pamięci: jak niósł mnie i siostrę pod pachami do piwnicy podczas bombardowania, jak zrobił nam na Boże Narodzenie przebierańców ze strasznym diabełkiem. Po wojnie wzrastałyśmy w ogromnym kulcie ojca, wśród opowieści mamy i stryja, ale zawsze w pełnej konspiracji. Teraz serce mi rośnie, że wreszcie panorama ujrzy światło dzienne.

W 2006 roku rodzina Witwickich zdecydowała się przekazać ją na własność Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich, instytucji o lwowskich korzeniach, strzegącej cennych dóbr kultury narodowej. W maju ubiegłego roku Ossolineum otrzymało dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pozwalającą na przeprowadzenie gruntownej konserwacji panoramy i rekonstrukcję brakujących modeli.

We wrześniu 2015 roku Panorama Plastyczna Dawnego Lwowa inż. Janusza Witwickiego ma być wreszcie udostępniona zwiedzającym. Ossolineum podpisało umowę o współpracy z Wrocławskim Przedsiębiorstwem „Hala Ludowa” sp. z o.o., które przygotowuje nowoczesną ekspozycję.

– To duże przedsięwzięcie i trudne zadanie – mówi prezes przedsiębiorstwa Andrzej Baworowski (rodzinnie związany ze Lwowem) zapytany o koncepcję ekspozycji. – Chcielibyśmy pokazać mit miasta, które nie należy do nas, ale tkwi w naszej powszechnej świadomości, a zarazem pokazać jego wielokulturowość. O panoramie, z którą łączy się wiele emocji, chcemy opowiedzieć przez historię życia inżyniera Witwickiego, człowieka wyjątkowego, tajemniczego, o heroicznej postawie.

Witwicki miał wiele oryginalnych i jak na owe czasy nowatorskich pomysłów prezentowania swojego dzieła. Z pomieszczenia pod makietą miasta zwiedzający mieli oglądać detale architektoniczne przez kilkanaście peryskopów. Miała być szklana platforma, a wokół ruchomy korytarz na łożyskach, dający zwiedzającym „iluzję przelotu awionetką dookoła miasta z XVIII w. na wysokości 350 m” (wg publikacji z 1936 roku). Miały być światła w oknach budynków, oświetlenie imitujące różne pory dnia i księżycową noc. Makietę miało otaczać koliste tło przedstawiające podlwowski krajobraz według stanu z XVIII wieku – studium tego tła namalował przed wojną ojciec autora, prof. Władysław Witwicki, znany nie tylko jako psycholog, ale i malarz.

Rozwój techniki daje obecnie większe możliwości. Dzisiaj nie peryskopy, lecz prezentacja multimedialna pozwoli „wejść” w miasto – wszystkie elementy panoramy zostały już zeskanowane w technologii 3D. W oświetleniu zastosuje się technologię LED. Organizatorzy rozważają też liczne dodatkowe atrakcje i efekty. Z pewnością jednak panorama będzie miała wiele do powiedzenia sama sobą, niezależnie od ozdobników wynikających z ducha naszych czasów.

Anna Fastnacht-Stupnicka