Krajowy Przegląd Samorządowy

Leć, myśli, na złotych skrzydłach…

Czyli Va, pensiero, sull’ali dorate, najsłynniejszy chyba operowy chór (i nieoficjalny hymn Włoch…) – pieśń żydowskich wygnańców, płaczących w niewoli babilońskiej. Czyli Giuseppe Verdiego Nabucco. Va pensiero zabrzmiało tym razem w tym miejscu, gdzie pamięć o wygnaniu, wykluczeniu i śmierci powraca.

Miejscem wystawienia w ostatni majowy weekend superprodukcji Opery Wrocławskiej – czyli Nabucco – był fragment placu Wolności, tuż za gmachem opery. To bardzo świadomy wybór.

– Niedaleko stąd, u zbiegu ulic Łąkowej i Podwale płonęła w 1938 roku Synagoga na Wygonie, druga co do wielkości na terenie ówczesnych Niemiec. Z drugiej strony opery był budowany balkon dla Hitlera, z którego przemawiał do dzieci i młodzieży z okazji Niemieckiego Święta Sportu i Gimnastyki. Z trzeciej strony mamy Synagogę pod Białym Bocianem, która się ostała. Odkrywanie historii jest dla mnie fascynujące, a wystawianie spektaklu Nabucco w takim miejscu, które opowiada o historii dziedzictwa żydowskiego jest nie tylko zadaniem, tematem artystycznym, ale i wyzwaniem – mówił w jednym z wywiadów reżyser Krystian Lada.

Jest to więc teatralnie spektakl uwspółcześniony – dzieje walki, wiary i miłości przeniesione zostają w czas współczesny, w wiek XX. Odwołania do Zagłady, do polskiego roku 1968,wreszcie do DZIŚ – czyli czasu protestu matek w Sejmie, są w spektaklu oczywiste… Otoczenie – oświetlone okna domu handlowego, szum niedaleko jadących tramwajów, stukot skejterskich desek – także nieźle współgrało z osadzeniem Nabucco w bliższym nam czasie. Ale to chyba los tej opery: warto bowiem pamiętać, że dzieje babilońskiej niewoli Żydów – to wiek VI – odebrano podobno podczas wystawienia dzieła Verdiego we Włoszech wieku XIX jako wyrazistą analogię do sytuacji w owym kraju.

Przyznaję, że raczej nie jestem fanką przenoszenia dzieł teatralnych w czasie – ostatecznie fakt, że miłość, nienawiść, walka, że ludzkie bycie, że wiara i jej potrzeba są przez wieki powtarzalne jest dosyć oczywisty, ale tym razem jestem za, także dlatego, że wmontowanie Nabucco w tył gmachu opery z jego wspaniałą kolumnadą i wsparcie akcji o wyrazisty symbol Władzy Absolutnej, jaką jest głowa Władcy na scenie, nieźle się teatralnie sprawdzają. Zabrakło mi trochę wyrazistszego osadzenia kostiumów w latach 60., co deklarowali twórcy spektaklu, ale to tylko kaprys interesującej się dziejami mody osoby. I zbyt chyba frywolne są kostiumy oddziałów (czyli baletu) walczących po stronie Władzy Absolutnej.

Ale opera to przede wszystkim muzyka. I tu rzecz znakomita – świetne nagłośnienie, pozwalające prawdziwie delektować się muzyczną stroną skomplikowanej politycznie, religijnie i człowieczo opowieści. Potężny chór i rewelacyjnie brzmiąca orkiestra z jednej strony, bardzo dobry Krum Galabov (Nabucco) z drugiej. I równie dobre siostry-niesiostry – Anna Lichorowicz (Abigail) i Aleksandra Opała (Fenena). A że widzowie dzięki uwijającym się na scenie kamerzystom obserwowali akcję także na wielkim ekranie, docenić mogliśmy bardzo dobre aktorstwo – przede wszystkim właśnie Abigail i Władcy Absolutnego (do czasu…). Że aktorstwo nieco przerysowane? Takie jest prawo opery i jej bohaterów.

Tradycji stało się zadość – na scenie (choć nie dosłownie) wrocławskiej opery znowu pojawiła się superprodukcja, a miejsce dla niej wybrane okazało się tzw. strzałem w dziesiątkę.

Czyli „myśl złota” poleciała pięknie i bardzo interesująco, przywołując pamięć o czasie wcale niedawnym i niosąc wiele muzycznej radości.

Anita Tyszkowska