piątek, 26 lutegoKrajowy Przegląd Samorządowy
Shadow

Historyczna Wratislavia

Pięćdziesiąta Wratislavia Cantans przeszła do historii. Dosłownie i w przenośni. Zakończona w sobotę, 19 września, po raz pierwszy korzystała z nowej sali koncertowej, na którą Wrocław czekał od końca wojny – festiwal stał się więc znakiem przekroczenia głębokiego, zadawnionego cywilizacyjnego regresu. Nadrabiając zaległości, od razu posunięto się naprzód, tworząc obiekt wybiegający w przyszłość pod względem technologicznym, jednocześnie stający się ważnym elementem miasta. W ten sposób, wbrew pozorom i obawom, nawet pewien kluczowy postulat festiwalu – prezentacja muzyki w znaczących, cennych architektonicznie obiektach – został zachowany. Z tym, że tym razem nie Wratislavia przyszła do pięknego wnętrza, a przestrzeń narodziła się dla Wratislavii. A właściwie dla całej muzyki we Wrocławiu.

 

Festiwal przejdzie do historii także przez utrzymywany z nią dialog. Nie chodzi mi jednak o tych kilka koncertów, które przypominały pierwszą edycję imprezy, z 1966 roku. Był to ciekawy pomysł, ale w gruncie rzeczy nie potrzeba żadnego pretekstu, by posłuchać Wielkiej mszy c-moll Mozarta lub muzyki polskiego baroku, Pękiela i Mielczewskiego, którzy pół wieku temu, owszem, byli wyzwaniem dla publiczności, dziś jednak są niemal powszedniością. Istotniejsze okazało się znowu nadrabianie zaległości. Tym razem programowych.

Cały festiwal można prześledzić pod kątem tego, co wreszcie się na nim wydarzyło – i będzie to szczególnie ciekawa wędrówka. Msza c-moll jest jednym z tych utworów, które wykonuje się w Polsce zbyt rzadko, jeszcze ważniejsze jest jednak wprowadzanie kolejnych utworów Händla – jak Alexander’s Feast, zaprezentowana w tym roku przez bardzo dobrze grającą Wrocławską Orkiestrę Barokową pod znakomitą batutą Paula Goodwina. Największym uzupełnionym w ten sposób brakiem była wizyta Ensemble Organum Marcela Pérèsa – paradoksem było, że legendarny rekonstruktor śpiewu chorałowego, doskonale znany w Polsce i często w niej występujący, dotąd nie śpiewał na wrocławskim festiwalu (stworzonym m.in. właśnie dla takich muzyków, jak on!) – podczas gdy występowali tu jego artystyczni potomkowie, jak w ubiegłym roku zespół graindelavoix.

Potrzeba było Wratislavii Cantans, by po raz pierwszy pojawiła się we Wrocławiu Maria João Pires – zresztą nie tylko pierwszy raz we Wrocławiu, ale chyba pierwszy raz gdziekolwiek w Polsce poza Warszawą, gdzie gości regularnie. Myślę, że warunki, jakie znalazła w NFM, mogą zachęcić wybitną pianistkę do koncertowania i poza stolicą. Bardziej zadziwiającą luką, która w pewnym stopniu została wypełniona, jest prezentacja utworu, który w ostatnich latach na estradach gości szczególnie często (mnie w każdym razie zdarza się słyszeć go po dwa-trzy razy w roku, regularnie w Gdańsku, ostatnio w Katowicach, ale też w Krakowie, a wcześniej w Świdnicy…): Wariacji Goldbergowskich Bacha. Kiedy – nie w formie jazzujących bądź innych przeróbek – brzmiały we Wrocławiu? Ktoś pamięta? A kiedy grał je jeden z absolutnie największych, najbardziej wizjonerskich ich interpretatorów, Pierre Hantaï? Nad Odrą nigdy. Choć w paru innych miastach, i owszem. Dlaczego jednak częściowo tylko brak został zaspokojony? Klawesynista zagrał w małej sali i dla wielu osób zabrakło biletów. Wariacje Goldbergowskie pozostają więc z pewnością utworem, do którego można wrócić, i to w najbliższym czasie.

Rzadko podczas festiwalu zdarza nam się słuchać muzyki operowej. Właściwie – dlaczego? W nazwie „Wrocław śpiewający” mieści się doskonale, choć może wykonywanie jej nie leżało u zamysłów twórców imprezy. Dziś jednak triumfy na świecie – także w Polsce (krakowski cykl Opera Rara) – święcą estradowe wykonania zwłaszcza barokowych oper: faktycznie struktura opery seria (recytatyw-aria) pozwala na traktowanie jej jako dzieła koncertowego. W tym roku mieliśmy tylko wstępną wycieczkę w tym kierunku, koncert arii z Anną Prohaską i Il Giardino Armonico pod dyrekcją Giovanniego Antoniniego – nieco nietypowy zresztą, bo utwory łączone były, tworząc jakby suitę – ale bardzo dobrze przyjęty. Myślę, że na Wratislavii znalazłoby się nieco więcej miejsca na muzykę operową, a spektakularne tytuły Händla czy Vivaldiego lub kompozytorów ze szkoły neapolitańskiej odnalazłaby się doskonale w programie, tworząc nową ofertę dla publiczności.

Główna sala NFM pozwoliła też wreszcie nadrabiać zaległości związane z wielką symfoniką – do tej pory żadna przestrzeń w mieście nie dawała jej szans na prawidłowe wybrzmienie. Symfonii Mahlera nie dało się słuchać w ciasnej sali (de facto kameralnej) starej Filharmonii; podczas gdy w kościele św. Marii Magdaleny pogłos całkowicie niszczył konstrukcję, a wraz z nią sens muzyki. Wykorzystując festiwal, od razu zaczęto wypełniać największe braki: czystą radością jest sam fakt, że we Wrocławiu mogły zabrzmieć VIII i IX Symfonia Mahlera. Następne już w trakcie rozpoczynającego się sezonu.

Z tegorocznych dwóch tygodni festiwalu na pewno będziemy pamiętać wiele koncertów. Kilka zostało już wymienionych: metafizyczne spotkanie z pierwotną tradycją śpiewu liturgicznego, wyrosłą z kultury śródziemnomorskiej (Ensemble Organum), wyjątkowy recital Pierre’a Hantaï, będący jego najbardziej wizjonerskim, plastycznym występem, jaki zdarzyło mi się słyszeć, symfonie Mahlera: Dziewiąta w pełnej subtelności, konstrukcyjnej interpretacji Zubina Mehty (Filharmonicy Izraelscy), kumulująca napięcia w medytującym finale, oraz gigantyczna Ósma, dynamicznie pokazana przez Filharmonię Narodową pod dyrekcją Jacka Kaspszyka. Nadzwyczaj pięknie – jednocześnie inaczej, niż w Warszawie – brzmiał Koncert f-moll Chopina pod palcami Marii João Pires, bardzo ciekawie akompaniowany, a raczej wręcz kontrapunktowany, w nieustannym dialogu, przez beethovenowsko-klasyczną orkiestrę Trevora Pinnocka (Deutsche Kammerphilharmonie Bremen). Niezapomniane będą także koncerty kameralne, przede wszystkim może Enrico Onofri wraz z Alessandro Palmerim, zwłaszcza we wczesnobarokowej muzyce na skrzypce i basso continuo, oraz Sonaty misteryjne Bibera w wykonaniu Dymitra Sinkowskiego (w basso continuo m.in. Luca Pianca na lutni, poza tym harfa oraz organy/klawesyn). Podobnie włoskie peregrynacje Bacha, jakie w kościele Uniwersyteckim przedstawił zespół B’Rock, prowadzony od klawesynu przez Christophera Bucknalla, z cudownymi śpiewaczkami, Lenneke Ruiten (w wirtuozowskiej kantacie Jauchzet Gott in allen Landen) i Wiebke Lehmkuhl, o wyjątkowym pięknie miękkiego altu (w Salve Regina Pergolesiego; obie natomiast w Bachowskiej kontrafakturze Stabat Mater Pergolesiego, BWV 1083). Z kolei inna śpiewaczka, Hana Blažiková, z przygotowanym specjalnie dla Wratislavii fenomenalnym programem pieśni Stefano Landiego i innych Włochów z samego świtu baroku, których zapisy znajdują się w Bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego, powinna właściwie od razu trafić na płyty (no, z lekkim urozmaiceniem instrumentarium – przydałaby się np. gamba i niekiedy cynk). Wyobraźmy sobie: Stefano Landi in Wrocław z Blažikovą – taki tytuł na pewno zwróciłby na siebie uwagę. A wraz z nim miasto i Wratislavia Cantans.

Byłby to zresztą jeden z kroków na drodze, której, jak wiadomo, Narodowe Forum Muzyki się trzyma. Publikacja nagrań to bardzo ważne przedsięwzięcie, gdyż po 50 latach o istnieniu festiwalu – owszem – wiedzą różni znawcy, ale czy także szeroka międzynarodowa publiczność? Płyty, niezależnie od kryzysu fonografii, pozostają niezastąpionym sposobem promocji.

Jakub Puchalski