Świątynie myśli w (chwilowej) odstawce

Czy już bić na alarm, czy można jeszcze chwilę poczekać? Naszym zdaniem alarmowe syreny powinny wyć już od co najmniej kilku lat. Sytuacja jest katastrofalna.

Grudzień to między innymi czas prezentów. W domach pojawia się Święty Mikołaj, a kilkanaście dni później przychodzi (w zależności od tradycji) Aniołek, Dzieciątko, a bywa że ponownie ów niestrudzony Mikołaj. Kiedy byliśmy dzieciakami, a także później, w naszych domach w zasadzie stałym prezentem była książka. Dla nas zawsze był to prezent niezwykły. Bo czy może być coś bardziej niezwykłego i wyjątkowego od książki. Przez całe lata wydawało nam się, że nie. Więcej – cały czas jesteśmy przekonani, że książka jest swoistym cudem. Niestety, takich cudaków jak my jest coraz mniej. I chociaż nasz bardzo dobry znajomy twierdzi, że nie należy się martwić, tylko przeczekać, bo „nowe chodzi po okręgu”, to jednak…

Dobrze nie jest

Biblioteka Narodowa cyklicznie przygotowuje obszerny raport dotyczący czytelnictwa. Ten najnowszy, podobnie jak opublikowane w kilkunastu latach poprzednich, trochę przeraża. Trudno w to uwierzyć (przynajmniej nam), ale coraz więcej osób deklaruje, że nie kupuje książek, stąd coraz więcej jest takich gospodarstw domowych, w których nie ma ani jednej książki (22 proc.). Większość domowych bibliotek składa się z mniej niż 50 tomów (64 proc.), a takie, w których jest ich co najmniej 500, stanowią około 2 proc. A przecież książka, jak twierdziła Magdalena Samozwaniec „To rodzaj alkoholu – też idzie do głowy”. Może ta myśl odmieni nasz czytelniczy krajobraz, skoro nic innego nie działa.

W skali całego kraju poziom czytelnictwa w 2015 i 2016 r. wynosił 37 proc., czyli taki odsetek Polaków przeczytał w ciągu roku przynajmniej jedną książkę. Z danych Biblioteki Narodowej wynika, że wyraźny spadek czytelnictwa zaczął się od 2004 roku. Wtedy czytelnictwo było na poziomie 58 proc. Jakimś dobrym sygnałem w tych statystykach jest to, że w ubiegłym roku udało się zahamować spadkowy trend w grupie tzw. intensywnych czytelników, czyli takich, którzy czytają minimum siedem książek rocznie. Ten odsetek wzrósł o 2 pkt proc., do 10 proc.

Taka sobie elita

Przeglądając raport dotyczący czytelnictwa w Polsce, trzeba odnotować jeszcze jedną bardzo smutną tendencję. Brak potrzeby sięgania po książkę staje się praktyką powszechną. Okazuje się bowiem, że również przedstawiciele kadry kierowniczej (na wyrost chyba nazywanej jako całość elitą zawodowo-intelektualną) boją się książek (pisząc o książkach, cały czas mamy na uwadze tak książki drukowane, jak i coraz powszechniejsze ich wersje elektroniczne, czyli e-booki). Jak podaje raport BN, w 2002 roku do przeczytania przynajmniej jednej książki w roku przyznawało się 97 proc. badanych, teraz – 56 proc. Trudno w to uwierzyć, ale to chyba prosta zależność: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Czyli intelektualne zbuki?

Bez wątpienia, potrzeby czytania jakoś trzeba się nauczyć. Najlepiej jeśli da to dom rodzinny (patrząc na statystyki czytelnictwa szanse na to są niewielkie). Następna w kolejce jest szkoła. I tutaj zupełnie nie rozumiem, co się dzieje. Czy naprawdę w ostatnich kilkunastu latach tak zepsuliśmy w Polsce oświatę, że nauczyciele nie potrafią wzbudzić w uczniach potrzeby poznawania świata poprzez czytanie? Oczywiście jeżeli sami nie czytają, to trudno na cokolwiek liczyć, ale to chyba niemożliwe?

Dom, szkoła… Oczywiście tak. Jest też szerzej rozumiane środowisko, w którym dorastamy. I tutaj już w pewnej mierze decyduje przypadek. Niemniej jednak od „kreowania przypadków” też są rodzice – przynajmniej w odniesieniu do dzieciaków chodzących do podstawówki. Nie brakuje miejsc, gdzie można się spotkać z książką. Trzeba się tylko rozejrzeć. Są znakomicie prowadzone biblioteki, które w wielu przypadkach stały się dzisiaj miejscem, gdzie nie tylko wypożycza się książki. Może warto tam zajrzeć? Są kółka teatralne, gdzie również literatura stanowi istotny element mądrej zabawy. Znam znakomitego nauczyciela matematyki, który na swoich pozalekcyjnych zajęciach zaraził małych mózgowców miłością do poznawania świata poprzez lekturę książek. Są kluby turystyczne dla dzieci, w których obowiązkowo przed pójściem na rajd trzeba poznać podróżnicze lektury. Od czegoś trzeba zacząć…

A może samorządy?

Ów początek to także zadanie, przed którym stoją samorządy. W latach 2016-2020 z budżetu państwa na Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa przeznaczonych ma zostać 435 mln zł, w tym 150 mln zł dla bibliotek szkolnych i pedagogicznych. Cały program wraz ze środkami finansowymi od samorządów ma wynieść prawie 670 mln zł. To bardzo dużo, ale wszystko zależy od tego, jak te pieniądze są wydawane. A tutaj mamy problem. W ubiegłym roku tym proczytelniczym działaniom przyjrzała się bowiem Najwyższa Izba Kontroli. I co? Zdaniem NIK dotychczasowe działania w zakresie promocji czytelnictwa były niewystarczające. Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że pomimo przeznaczenia w latach 2012-2015 (I połowa) na rozwój czytelnictwa środków publicznych w łącznej wysokości 268 mln zł działania ministra kultury nie zapewniły wzrostu poziomu czytelnictwa w Polsce.

Inspektorzy NIK zwrócili również uwagę, że pomimo przeznaczania znacznych środków budżetowych na wspieranie bibliotek publicznych (w latach 2012-2014 około 63,5 mln zł) wciąż odnotowuje się w nich spadek wskaźników czytelniczych. Spadła też liczba zarejestrowanych czytelników oraz liczba wypożyczeń na stu mieszkańców. Negatywne tendencje potwierdzają także badania przeprowadzone w krajach UE, z których wynika, że w 2013 r. w Polsce tylko około 25 proc. badanych korzystało z bibliotek publicznych, podczas gdy w Szwecji – 75 proc., w Finlandii – 66 proc., w Danii – 63 proc. badanych.

Oczywiście książki i ich czytanie to także pewne niebezpieczeństwo. Jak powiedział bowiem kiedyś niemiecki filozof Ludwig Feuerbach, „Im bardziej spoufalamy się z dobrymi książkami, tym mniejszy staje się krąg ludzi, których towarzystwo nas satysfakcjonuje”. Może zatem dlatego nie wszystkim zależy na mądrym propagowaniu czytelnictwa?

Damian Bukowiecki (w tej chwili pochylony nad powieścią Floriana Czarnyszewicza „Nadberezeńcy)

Tomasz Miarecki (tuż po lekturze „Afryka Trek” autorstwa francusko-słowackiego małżeństwa Poussinów)

 

W porównaniu do roku 2000 czytelnictwo zmalało obecnie najwyraźniej wśród mężczyzn i osób młodych.

 

7 proc. respondentów w 2016 r. przynajmniej raz czytało e-booka. Tyle samo słuchało audiobooka. Po książki w formacie cyfrowym najrzadziej sięgają emeryci i renciści oraz nieaktywne zawodowo osoby zajmujące się domem.

 

 

Książka z rekomendacją

Znowu jest w sprzedaży, chociaż jedynie w wybranych księgarniach. „Saga wrocławska. 74 opowieści rodzinne” Anny Fastnacht-Stupnickiej to pozycja na swój sposób wyjątkowa, a jednocześnie ciekawa lektura. Jakiś czas temu tak o niej pisał recenzent w Opolu:

To, co dla zachowania pamięci o Kresach robi u nas prof. Nicieja, we Wrocławiu czyni Anka Fastnacht-Stupnicka. Właśnie wydała wspomnienia dolnośląskich Kresowiaków. Zresztą nie tylko ich, bo są tu też rodziny z Pomorza i innych części Polski. To jest robota nie do przecenienia, bo powoli odchodzą ostatni świadkowie, którzy pamiętają tamte strony organoleptycznie, czyli nie z przekazu. Tym bardziej warto spisać, co mają do powiedzenia, zatrzymać dziecięce wrażenia, przedstawić ogółowi to, co dla niego zazwyczaj niedostępne, czyli przepastne domowe archiwa, z których autorka obficie korzysta, ku pożytkowi sprawy i czytelników.

Jej „Saga wrocławska” to rodzinne historie ekspatriantów, tak się składa, że głównie nobliwych kresowych rodów, których Stalin i historia rzucili na Ziemie Odzyskane. To znaczy tych, którzy mieli szczęście i nie zostali unicestwieni. Tu się zakorzenili, wrośli, ale nigdy nie zapomnieli, skąd ziarno pochodzi. Wspomnienie rajów utraconych. A poza wszystkim opis zwyczajnego życia, powszedniości, jakiej się zwykle nie docenia, dopóki nie nadejdzie burza, która zmiata rzeczy porządek.

Jest w tej książce świetnie oddany klimat kresowych dworków, ale i dramat niesiony na bagnetach bolszewizmu. A poza wszystkim prawda, którą warto pamiętać, choć niekoniecznie rozpamiętywać.

Share