Borys i Fidelio

Wrocławski sezon operowy rozpoczęty! Car Borys Godunow – bohater opery Modesta Musorgskiego – wprowadził nas w świat muzyki, dramatu i polityki. Jeśli ciąg dalszy nowego sezonu będzie tej samej klasy co pierwszy w sezon krok, znajdziemy się u progu operowego raju.

Car Borys Godunow to dwie postaci. Borys Musorgskiego – wyrosły z Historii państwa rosyjskiego Nikołaja Karamzina i dramatu Puszkina, na owej Historii… opartego – to wielki władca, ale postać tragiczna, prześladowana przez upiory przeszłości, rozdarta między polityczną koniecznością a sumieniem, bo sumienie owo dźwignąć musi wielką winę: zabicie małego Dymitra, syna cara Iwana, prawowitego następcy rosyjskiego tronu… Karamzin pisze, iż „zmarł Godunow, bo zabił go wewnętrzny rozstrój duszy, rzecz nieunikniona u przestępcy”. I postać druga – prawdziwie historyczny Godunow: też dobry władca – skutecznie odpierający tatarskie najazdy, rozwijający gospodarkę, zainteresowany zachodnią medycyną, edukacją, zaś śmierci Dymitra w żaden sposób nie winien; dowody na udział Borysa w zabójstwie carewicza sfabrykowali Romanowowie, którzy zasiedli po okresie wielkiej smuty na carskim tronie.

Tyle że tego prawdziwego Godunowa zna mało kto. Geniusz Puszkina i Musorgskiego utrwalił – na wieki pewnie – obraz cara-mordercy, władcy dobrego, lecz szarpanego straszliwymi wyrzutami sumienia. Czyli postać dla sztuki znakomitą, bohatera na szekspirowską miarę. I takiego właśnie Borysa – miotanego bólem duszy, szarpaniem sumienia – pokazał we wrocławskim spektaklu Michaił Kazakow. Znakomity bas, gwiazda Teatru Bolszoj, okazał się Borysem na miarę wielkich dzieł – i poety, i kompozytora. Z jednej strony głos i muzykalność, z drugiej – talent aktorski na szekspirowską właśnie skalę. Jego Borys cierpi, sam rozszarpując własną duszę, ale i kocha – syna Fiodora, córkę Ksenię… Uczynił bardzo źle – zabił, ale czyni też bardzo dobrze – bo jest dobrym władcą… To wszystko, całe skomplikowanie bohatera Musorgskiego (i Puszkina) Kazakow pokazał przekonująco i bardzo wyraziście.

Borys Godunow to reżyserskie i scenograficzne dzieło Waldemara Zawodzińskiego (spektakl miał premierę w roku 2010), naprawdę warte przywrócenia wrocławskiej scenie. Ascetyczna scenografia, ciekawe kostiumy (dzieło Małgorzaty Słoniowskiej) – to wszystko stanowi znakomite tło dla cara, który w tej operze niepodzielnie rządzi. Tym bardziej niepodzielnie, że zdecydowano się – inaczej niż w roku 2010 – na wersję Borysa... bez sceny polskiej. Ma to swoje zalety, ale ma i wadę: pozbawia operę wyrazistej kobiecej bohaterki – Maryny Mniszech. Pamiętam owego Borysa… sprzed lat siedmiu i z Anną Bernacką, i z Iriną Zhytynską, obie były Marynami godnymi carskiej korony, którą historia na głowę Maryny włożyła. Cena władzy i cena sumienia jest wielka – Borys umiera, żegnając syna, Fiodora, następcę carskiego tronu. Żegnając dramatycznie, boleśnie, jakby los Fiodora – zamordowanego po dwóch miesiącach rządzenia – gdzieś mu się przed oczyma duszy pokazywał.

Borys to wielka rola i tej wielkości Michaił Kazakow sprostał. Orkiestra i chór – brzmiący naprawdę „rosyjsko” – także świetnie sobie z Borysem… poradziły. Zapamiętamy też na pewno Warłaama – Radosława Żukowskiego, Fiodora – Aleksandra Zuchowicza, Jurodiwego – Sylwestra Smulczyńskiego i Nianię – Jadwigę Postrożną.

Tak jak Borys Godunow jest opowieścią o dramacie władcy – samodzierżawcy, tak Fidelio – jedyna opera Ludwiga van Beethovena – to hołd złożonym cnotom oświeconego absolutyzmu. Przesłania obu dzieł mocno się więc różnią, ale na pewno łączy je cud genialnej muzyki.

Jak ów cud się we wrocławskiej operze zrealizuje? Przekonamy się niedługo – 14 i 15 października premiera (pierwsza w sezonie!) Fidelia, przygotowana w koprodukcji z Narodową Operą Słoweńską z Lublany.

Anita Tyszkowska

 

Share